poniedziałek, 18 kwietnia 2016

#23 - Tym razem będzie inaczej

Katniss! Słyszę głos w głowie który mnie nawołuje. Dźwięk ten jest jednostajny i ciągle się powtarza.
- Czy ty mnie w ogóle słuchasz? - Effie zaczyna pstrykać  palcami. Patrzę na jej twarz. Pod oczami ma zaczerwienienia, najprawdopodobniej ze zmęczenia. Jej włosy są upięte w luźny kucyk, a kilka kosmyków spoczywa na jej ramionach. - Powtórzę jeszcze raz. Paylor i Beetee maja dla nas ważną wiadomość, która najprawdopodobniej nie jest związana z igrzyskami.
Oddycham z ulgą. W ostatnim czasie często wchodzimy na ten temat próbując wymyślić jakiś plan. Często jednak kończy się to kłótnią ze strony Haymitcha i Effie. Nie wiem skąd u nich ostatnio takie podejście do siebie, ale nie chcę o to wypytywać żadnej ze stron. Znam ich i wiem, jak to może się skończyć.
- Znowu lecimy do Kapitolu? - pytam, podpierając swoją głowę ręką.
- Tym razem to oni się pofatygują - Effie uśmiecha się do mnie, a następnie łapie kubek kawy i rusza do salonu. Postanawiam pójść w jej ślady.
- Tak przy okazji, Paylor zaproponowała mi, że mogę zamieszkać w pałacu sprawiedliwości - siada na fotelu i podciąga nogi do góry. Nurtuje mnie tylko jedno pytanie, nie za bardzo powiązane z jej informacją.
- Effie? Od kiedy ty jesteś z panią prezydent na "ty"? - mrużę oczy ciekawa tej wiadomości.
- To mało istotne - odpowiada, nie patrząc na mnie. W mojej głowie zaczynają błądzić jej słowa. Słyszę je w swojej podświadomości, tylko kilka razy donośniejsze i szybsze. Z nawyku spoglądam przed siebie. Dostrzegam leżące na komodzie drewniane pudełko, w którego wnętrzu są rzeczy takie jak perła, którą dostałam od Peety, czy broszka z kosogłosem. Nie potrafię stłumić słów, które uporczywie plątają mi się w głowie. Nie widzę co robi Effie, nie słyszę żadnych dźwięków poza trzema słowami i dziwnym szumem, który  próbuje przebić się przez pasmo powtarzających się wyrazów. Dziś rano było to samo. Nie wiem co się ze mną dzieje. Obraz przed oczami zaczyna mi się rozmazywać, ja jednak spoczywam na tym samym miejscu co przedtem. Boję się, że za chwilę coś może się stać. Nie tylko mi ale również Effie, a co gorsza Peecie. Chociaż go tu nie ma, czuję się bardzo dziwnie wspominając o nim w tym momencie. Tak jakby stał za mną i podtrzymywał moją obłąkaną duszę. Czuję się tak jakbym dźwigała nie tylko mój ciężar winy i wszystkich smutnych wspomnień, ale również jego. Dźwięki w głowie powodują, że zaczyna ona pulsować. Zaczyna mi być duszno, a jednocześnie zimno. W pewnym momencie czuję coś ciepłego na ramieniu, czuję jak coś bierze mnie na ręce, a następnie mocno obejmuje.
 - Katniss - nie wiem czyj to głos. Słowa mieszają się z rytmem wybijanym w mojej głowie przez co trudniej mi zrozumieć sens wypowiedzi.
- Zabierzmy ją do szpitala - echo powoli cichnie. Nie słyszę już słów. Pozostało jednak uporczywe pulsowanie.
- Katniss, proszę obudź się. Obudź się - już poznaję ten głos. Wiem, że jestem bezpieczna. Powoli zaczynam znów czuć ciepło. Obraz przed oczami staje się wyraźny.
- Co... - mówię z zachrypniętym głosem. - Co się stało?
- Katniss, dzięki Bogu - Peeta spogląda na mnie z góry, a następnie składa delikatny pocałunek na moich ustach.
- Ja dalej jestem za tym aby zabrać ją do lekarza - Effie podciąga nogi na fotelu i jak gdyby nigdy nic pije swoją kawę.
- To było zwykłe osłabnięcie - Haymitch spogląda na Effie spode łba, a ta ucieka od niego wzrokiem. - Nie widzę potrzeby aby fatygować się gdy mamy do zrobienia ważniejsze rzeczy.
Peeta przysiada koło mnie i obejmuje mnie w pasie.
- A ty jak zwykle swoje. Mógłbyś się czasami zamknąć?! - przyglądam się całej sytuacji. Effie krzyczy, Haymitch odkrzykuje, a na końcu któreś z nich wychodzi. Witam w naszej codzienności. Zazwyczaj w tym momencie zakładam się z Peetą kto tym razem się podda wychodząc. Dzisiaj jednak nie mam siły aby wykonywać żadną z czynności życiowych, oprócz oczywiście oddychania. Wtulam się w Peetę. Czuję intensywny i przyjemy zapach, którego mi tak bardzo brakowało. Rozchodzi się w moich nozdrzach i uspokaja moje ciało. Peeta delikatnie głaszcze mnie po plecach.
- Jak się czujesz? - pyta mnie po chwili.
- Dobrze - mruczę pod nosem. Nie chcę go zamartwiać.
Spogląda na mnie  ze współczuciem w oczach.
- Nie zamierzam tu dłużej zostać! - Effie unosi się na Haymitcha. Spoglądam jej w oczy i widzę w nich łzy. Mój mentor znudzony kłótnią przysiada na fotelu.
- Tak? - śmieje się cicho zaintrygowany. - A gdzie to się wybierzesz?
- Zamieszkam w pałacu sprawiedliwości, a tobie nic do tego! - Effie krzyknęła na Haymitcha i pobiegła  po schodach na pierwsze piętro.  Mój mentor wstał, kiwnął do nas głową na pożegnanie i udał się do wyjścia. Zostałam sama z  Peetą. Oderwałam się od jego piersi i spojrzałam mu w oczy. W jego źrenicach widać było rozproszone światło padające z kominka. Uśmiechnęłam się lekko i ponownie wtuliłam w chłopaka.
- Co będzie dalej? - Spytał po chwili. Wiedziałam, że muszę mu odpowiedzieć, a jednak nie potrafiłam. Zależało mi na Peecie zwłaszcza po tym, co ostatnimi czasy oboje przeżyliśmy. Bałam się, że moimi słowami wszystko zepsuję.
- Nie wiem - powiedziałam cicho po chwili namysłu.
- Ostatnim razem w podobnej sytuacji zostaliśmy rozdzieleni przed ćwierćwieczem - odparł, jakby niepewnie. Otworzyłam oczy zdziwiona, a zarazem szczęśliwa, że to pamięta.
- Peeta...- wyślizgnęłam się z uścisku i spojrzałam w jego oczy.
- Nie, Katniss. Tym razem będzie inaczej - dokończył za mnie.

------------------------------------------------
Witam po baaardzo długiej przerwie. Przepraszam was za ten tymczasowy "odpoczynek" ale nie potrafiłam się zmotywować oraz starałam się skupić na nauce. Na przeprosiny notka. Mam nadzieję, że się wam spodoba :) Mam dla was również lekkie uchylenie okna co do kolejnych notek, gdyż przez ten jakże długi czas wymyśliłam ogrom wątków i dalsze potoczenie się fabuły. Jedyne co wam powiem - będzie dużo zwrotów akcji oraz wyjaśnią się sprawy z poprzednich rozdziałów. Jednak na wszystko czas! Więc czekajcie cierpliwie, a niebawem kolejna notka :)
D&S


sobota, 16 stycznia 2016

SPECJALNE - Świąteczna 12 #2



Mam nadzieję, że się Wam spodoba :)♥

Sophie



♪♫♪♫♪♫♪♫♪♫♪♫♪♫♪♫♪♫♪♫♪♫♪♫

Peeta otwiera drzwi, a ja zamieram. Boję się, chociaż sama nie wiem dlaczego. Przecież to tylko Haymich. I Effie. Kiedy myślę o kobiecie, czuję, jak skręca mi się żołądek. Nie spodoba się jej. Przecież to jest za skromne, jest za mało brokatu i przepychu. Oddycham nerwowo. Uspokój się, Katniss. Chyba, że znów chcesz wylądować w łóżku, a inni będą się zastanawiać, czy nie wezwać lekarza, upominam siebie.
Peeta gładzi mnie po plecach, dodając mi otuchy. Uśmiecham się i spoglądam przed siebie, napotykając zmartwiony wzrok Haymitcha, Moja panika trwała zaledwie kilka sekund, ale jest pewna, że mężczyzna to zauważył. Jednak, gdy zwraca uwagę na uśmiech, który gości na moje twarzy, zauważam, że się rozluźnia. Stoi z Effie pod ramię, wyraźnie zadowolony.
- Katniss, skarbie! Wyglądasz pięknie! – wykrzykuje Effie i obcałowuje mi obydwa policzki. Kątem oka zauważam, że Haymitch i Peeta się witają i szepczą coś do siebie. Postanawiam udać, że tego nie widzę i odpowiadam Effie.
- I kto to mówi! Nigdy ci nie dorównam, Effie – odpowiadam, przyglądając się bajecznej sukni, którą ma na sobie. Ma złotawy kolor, a przy najmniejszym ruchu błyszczy się delikatnie. Kończy się tuż za kolanem, a tył sięga samej ziemi. Rękawy przykrywają drobne nadgarstki Effie, na których znajduje się srebrny szlaczek. Na nogach Effie znajdują się także złote buty na obcasie. Mimo takiego koloru, sukienka nie wygląda prowokacyjnie, ani imprezowo. Wydaje mi się, że idealnie pasuje na taką okazję. Ostatnią rzeczą, która mnie dziwi są włosy kobiety. Opadają delikatnymi falami na ramiona, a blado-różowy kolor idealnie podkreśla jej rysy.
- W końcu mam dostęp do ubrań wprost z Kapitolu – chichocze. Odpowiadam jej szerokim uśmiechem.
- Effie! – słyszę ciepły głos tuż za mną.
- Peeta! – Effie składa ręce przed sobą i wydaje się być zachwycona wyglądem Peety. Chłopak przytula ją, śmiejąc się serdecznie.
Haymitch ciągnie mnie delikatnie i przytula. Myślę, że już mnie puści, kiedy słyszę jego szept tuż przy uchu:
- Wszystko dobrze? – zawzięcie kiwam głową.
- Zwykłe nerwy – odsuwam się. – Myślisz, że to takie proste? Zorganizować całą tą Wigilię?  - Haymitch uśmiecha się kpiąco.
- Oczywiście, że tak.
- A więc postanowione – przesuwam się w stronę ukochanego i dotykam jego ramiona. – Haymitch zaproponował, że w przyszłym roku on się tym zajmie – mówię głośno, starając się zachować poważny wyraz twarzy. Jednak kiedy mój wzrok spoczywa na Effie, wybucham śmiechem. Patrzy zdziwiona na mężczyznę, z ustami ułożonymi w idealne „o”.
- Haymitch! Obiecałeś, że nie będziesz nic pić przed wigilią! – karci go, a my z Peetą nie potrafimy przestać się śmiać. Niedoszły mentor patrzy na nas spode łba.
Peeta śmieje się jeszcze głośniej, a ja ściskam jego rękę, widząc, że zaraz rozpocznie się niepotrzebna kłótnia.
- Ja wcale… Przecież… Katniss! – Haymitch znów patrzy na mnie, gromiąc mnie wzrokiem. Peeta zamyka drzwi, tym samym odwracając uwagę gości.
- Chodźcie usiąść do stołu – mówi, prowadząc ich do jadalni. Ustawiamy się przy krzesłach. Zapada cisza.
- Em… Chciałbym podziękować za to, że mogę być tu z Wami w jednym kawałku. W końcu to wasza zasługa. – odzywa się Peeta. Następnie spogląda na Effie, dając jej znak, że nastała jej kolej. Kobieta zastanawia się chwilę, aż wreszcie zaczyna mówić.
- Dziękuję, że mnie zaprosiliście i chociaż ten jeden raz nie muszę być sama w święta. Miejmy nadzieję, że nie zabraknie tu śmiechu, bo inaczej zacznę żałować, że nie jestem w Kapitolu i nie oglądam głupich filmów. – wydyma wargi, ale po chwili śmieje się krótko. Spogląda na mnie.
- Ja… - mówię cicho. – Po prostu dziękuję, że jesteście – wydaje mi się, że to wyraża więcej, niż nie jedna przemowa. Posyłam wzrok Haymitchowi, który mruczy coś w odpowiedzi.
Dochodzimy do wniosku, że to było jego podziękowanie, a więc prosimy gości, aby usiedli, a ja z Peetą idziemy do kuchni.
Chłopak całuje mnie w czoło, chwyta miskę z kilkoma rybami, które udało nam się rano złapać w jeziorze w lesie i idzie do jadalni. Kończę przygotowywać resztę potraw, a Peeta zanosi je na stół. W końcu bierze ostatni talerz, na którym znajduje się indyk. Uśmiecham się zadowolona z siebie. Podążam za nim.
Kiedy siadamy, zaczynamy ucztę. Na początku kroję mięso nakładając każdemu na talerz. Następnie każdy sięga po to, co lubi.
Podczas jedzenia opowiadamy sobie historie z ostatniego miesiąca. Najwięcej opowiada jak zwykle Effie. Oświadcza nam, że wraca do Kapitolu dopiero po nowym roku, a ja oferuję jej miejsce w gościnnym pokoju. Kobieta reaguje szerokim uśmiechem i mówi, że z chęcią tu zostanie. Wspomina także, że uwielbia przebywać u nas w domu, co kwituję wielkimi, czerwonymi rumieńcami.
Kończymy i odsuwamy talerze.
- Kiedyś w szkole na historii, nauczycielka wspominała, że jedną z tradycji było szukanie pierwszej gwiazdy na niebie – wspominam, mimowolnie wyglądając przez okno.
- Możemy się ubrać i wyjść na dwór – proponuje męski głos. Odwracam się, gotowa zobaczyć Peetę, ale to Haymich wpatruje się w nas pytająco. Propozycja padła z jego strony.
- Z chęcią – odpowiada za nas wszystkich Effie, głosem, przepełnionym szczęściem. Nie spodziewałam się, że tak bardzo jej się spodoba ta skromna uroczystość.
Ubieramy kurtki i wychodzimy na środek chodnika. Jest chłodno, ale nie na tyle, żeby trząść się z zimna. W czwórkę spoglądamy w niebo. Mój wzrok od razu pada na jeden świecący punkcik. Wzdycham cicho i wskazuję palcem w niebo.
- Tam jest – mówię spokojnym głosem. I wtedy na nosie czuję coś zimnego i mokrego. Wydaje mi się, że to jakieś przewidzenie, ale po chwili znów to czuję, tym razem na ręce.
- Śnieg – szepcze Peeta. Śmieję się głośno. Tak bardzo za tym tęskniłam. Kiedy przytulam chłopaka przypomina mi się tournée po 74. Igrzyskach i transmisję z 12. I nasze piękne pośliźnięcie się na lodzie. A następnie pocałunek ciepłych ust. Mimowolnie unoszę głowę i znów ich dotykam. Są dokładnie takie jak zapamiętałam.
- Ej dzieciaki. Przegapicie wszystko – mówi Haymitch klepiąc nas po ramieniu. Odsuwam się i spoglądam w idealnie niebieskie oczy Peety.
Haymitch znów mnie klepie po plecach, a ja odwracam się, chcąc powiedzieć, żeby dał nam spokój kiedy zauważam to, co dzieje się za nim.
Śnieg padający z nieba przybrał na sile. Chodnik, na którym stoimy wygląda jak przykryty białym obrusem.
- Wesołych świąt! – krzyczę, a inni odpowiadają mi śmiechem i takim samym okrzykiem. Stoimy w czwórkę obok siebie i śmiejemy się.
TO przekracza moje najśmielsze oczekiwania. Jest idealnie.

piątek, 8 stycznia 2016

SPECJALNE - Świąteczna 12 #1


Otwieram kolejną szafkę i wracam do szukania. Nagle słyszę otwierane drzwi, więc odwracam się gwałtownie. Zauważam Peetę, uśmiechniętego od ucha do ucha.

Opuszczam ręce i zwracam się do chłopaka:

- Co się tak śmiejesz? - zakładam ręce na piersi. Peeta przybliża się do mnie. Kiedy stoi kilka centymetrów przede mną, moje serce mięknie, a na twarzy pojawia się delikatny uśmiech.

- Uśmiecham  się bo jestem szczęśliwy. Jestem szczęśliwy, bo mam cię przy sobie – składa pocałunek na moim czole, a ja na chwilę zamykam oczy, dając się ponieść chwili. – No i za tydzień święta. Uwielbiam ten okres! – w jego oczach zauważam iskierki radości. – Wiesz co, Katniss? Tak pomyślałem, że możemy zorganizować małą wigilię. Ty, ja i Haymitch. Może nawet uda nam się zaprosić Effie. Co o tym sądzisz? – mój uśmiech blednie. Odwracam się
z powrotem w stronę szafki. Nie chcę nic mówić. Chciałabym spędzić ten czas z osobami które kocham, przecież to jasne. Ale jest mały problem.

Peeta kładzie swoje ciepłe dłonie na moich biodrach i nachyla się do mojego ucha.

- Coś się stało? – szybko kręcę głową, zaciskając powieki. – Katniss. Proszę, powiedz.

Odwracam się w stronę chłopaka. Jego brwi są zmarszczone, a na twarzy widzę niepokój.

- Ja… Ostatni raz porządnie obchodziłyśmy wigilię kiedy tata żył. Później – na policzki zaczynają kapać mi łzy – nie było sensu. Bez taty to nie było to samo. Wtedy było tak… normalnie – Peeta wyciąga rękę w moją stronę i ociera mi łzy, po czym zamyka mnie w swoich ramionach. W miejscu, gdzie czuję się bezpieczna i kochana. Wdycham jego zapach – czuję świeże pieczywo.

- To będą twoje najlepsze święta, obiecuję ci to – szepcze w moje włosy. Kiwam głową i się nie odzywam.

Kiedy po chwili Peeta mnie puszcza, znów odwracam się w stronę szafki. Wyjaśniam Peecie czego szukam, a on od razu się przyłącza. Rozgląda się dookoła i podchodzi do jednego z regałów. Po chwili dobie mnie zwycięski okrzyk.

- Znalazłem! – szybko podchodzę do miejsca w którym stoi chłopak. Wyciągam mu przedmiot z ręki i oglądam dokładnie. Wygląda tak, jak ją zapamiętałam.

- Idealnie nada się na stół, prawda? – pytam, uśmiechając się. Peeta potakuje i przygląda się beżowej świecy, którą trzymam w dłoniach. 



♪♫♪♫♪♫♪♫♪♫♪♫♪♫♪♫♪♫♪♫♪♫♪♫



Niespokojnie spoglądam na zegar wiszący na ścianie. Za niecałą godzinę ma się tu pojawić Haymitch. Effie także obiecała, że się zjawi. Kiedy tylko jej o tym powiedzieliśmy, od razu przyjęła nasze zaproszenie. Strasznie się denerwuję, ale obecność Peety dodaje mi otuchy. Kiedy na niego spoglądam, zauważam, że musiał mi się od dłuższego czasu przyglądać. Wyraz twarzy ma zamyślony, ale zauważam coś w jego oczach. Bezgraniczna miłość. Uśmiecham się sama do siebie myśląc o tym.

Wycieram ostatni talerz i biorę cztery z nich do ręki. Przez chwilę mam wrażenie, że talerze mi spadną, ale nadal leżą na swoim miejscu. Szybko przechodzę do jadalni. Na samym środku stoi stół, przykryty białym obrusem. W kominku pali się ogień, a ponad otworem są przyczepione cztery skarpety. Słyszałam, że kiedyś to było zwyczajem, więc postanowiłam się to zrobić. Na moich policzkach wykwitają rumieńce. Przecież to jest takie dziecinne. Już mam zamiar zerwać skarpety, kiedy ciepła dłoń chwyta mnie za rękę.

Peeta patrzy na mnie karcącym spojrzeniem. Wbijam wzrok w podłogę. Super. Zostałam przyłapana na gorącym uczynku. Teraz jestem pewna, że rumieńce na moich policzkach są doskonale widoczne. Peeta unosi mój podbródek i patrzy mi w oczy, dodając mi pewności siebie. Ściskam jego rękę. Upajamy się tą chwilą.

Po chwili czuję miękkie usta Peety na moich wargach, a jego ręce wędrują na moje biodra. Delikatnie przyciąga mnie do siebie. Odwzajemniam pocałunek. Kiedy brak nam tchu, przerywamy. Przytulam się do niego, znów czując się bezpiecznie.

Wtedy mój wzrok pada na zegar i o mało co nie przewracam się ze zdziwienia. Zostało nam dwadzieścia minut.

Biegnę do kuchni, ciągnąc za sobą Peetę.

- Zajmę się potrawami, a ty przygotuj ciasta, dobrze? – chłopak kiwa głową, przelotnie całuje mnie w policzek i wyciąga paterę, na której układa ciastka, w tym kilka pierników, które upiekł niedawno. Mam ochotę rzucić wszystko i zabrać się za pałaszowanie słodkości.

Przywołuję się jednak do porządku. Nakładam rybę na podłużny talerz, a dodatki wędrują do średniej wielkości miseczki. Zanoszę jedzenie na stół. Przez chwilę się zastanawiam, gdzie umieścić potrawę, ale w końcu decyduję się położyć ją po prawej stronie, zostawiając na środku wolne miejsce. Miejsce, przeznaczone na danie główne.

Chłopak zaczyna mi pomagać, a ja przyjmuję to z wdzięcznym uśmiechem.

- Jak chcesz, to możesz iść się przebrać. Poradzę sobie. – mówi Peeta.

- Na pewno?

- Na pewno. – odpowiada. Idę do łazienki, po drodze zabierając sukienkę z pokoju.

Szoruję się dokładnie, szybko myjąc włosy. Kiedy wychodzę z wanny, osuszam ciało szorstkim ręcznikiem. Delikatnie ubieram granatową sukienkę. Jej rękawy sięgają mi do łokci, a kończy się tuż za kolanem. Przeczesuję palcami mokre włosy i daję im chwilę na wyschnięcie. Po chwili starannie zaplatam je w estetyczny warkocz.

Wracam do pokoju i otwieram szafę. Przede mną stoją buty do polowania, stare trampki i buty na obcasie, które podarowała mi Effie. Wzdycham. Najchętniej byłabym boso, ale wiem, że ubierając szpilki sprawię kobiecie niezwykłą przyjemność.

Kiedy wracam do jadalni, Peeta odwraca się w moją stronę i zamiera.

- Wyglądasz… - cichnie, nie mogąc znaleźć odpowiedniego słowa. Zaczynam chichotać. Chłopak uśmiecha się szeroko. – zjawiskowo. Rumieńce znów wykwitają na moje twarzy, a ja zasłaniam dłonią usta, usilnie starając się uciszyć. Podchodzę do Peety i delikatnie pcham go w stronę drzwi.

- Twoja kolej – znów patrzy na mnie. Po chwili odwraca się i zmierza w stronę łazienki.

Upewniam się, że wszystko na stole jest na swoim miejscu. Poprawiam serwetki. Cofam się, podziwiając całość. Brakuje jeszcze jednej rzeczy.

Sięgam po specjalnie przygotowany niezbyt długi patyczek. Podpadam jego koniec w kominku,  następnie zapalam nim świecę, która znajduje się na stole. Następnie wrzucam patyk do płomienia. Przyglądam się przez chwilę, jak płomień trawi drewno.

- I co powiesz? – odwracam się, słysząc głos Peety. Jest ubrany w szary garnitur, idealnie podkreślający niebieski kolor jego oczu. Na nogach ma buty w podobnym kolorze.

- Idealnie. – uśmiecham się delikatnie.

- Czy ja wiem… To ty dzisiaj jesteś gwiazdą wieczoru, przyćmisz mnie. – mówi, robiąc smutną minę. Podchodzę do niego i łapię go za rękę.

- Nieprawda. – mówię cicho, wpatrując się w jego oczy. Serce mi przyśpiesza i jedyne co słyszę, to miarowe bum-bum-bum.

Peeta odsuwa się i lustruje mnie wzrokiem. Po chwili zgina się w pół i kłania.

- Madame – odzywa się głębokim głosem. Również przybieram poważny wyraz twarzy. Łapię dwa brzegi sukienki i dygam przed nim. Na moją twarz niespodziewanie wpełza uśmiech.

Peeta wyciąga w moją stronę dłoń, a ja bez wahania ją łapię. Nagle chłopak przyciąga mnie do siebie. Całuje, a po chwili okręca mnie wokół własnej osi. Obydwoje wybuchamy śmiechem. Powtarza tą czynność jeszcze kilka razy, aż wreszcie zaczyna mi się kręcić w głowie. Ściskam jego rękę i opieram się na nim, zamykając oczy i głęboko oddychając.

Chłopak chowa rękę do kieszeni i wyciąga coś, co zakłada za moje ucho. Ciągnę go w stronę lustra. Peeta obejmuje mnie od tyłu, a ja spoglądam na swoje odbicie.

Przede mną stoi zarumieniona dziewczyna, z szerokim uśmiechem i pojedynczą prymulką we włosach. A za nią znajduje się najpiękniejszy mężczyzna jakiego widziała. Odwraca się w jego stronę i składa na jego policzku pocałunek.

- Dziękuję – szepczę.

Nagle rozlega się dzwonek przy wejściu. Moje serce przyśpiesza, a ja zaczynam porządnie się denerwować. Peeta bierze mnie pod ramię i podchodzimy do drzwi. W jego kieszeni zauważam przekrzywioną prymulkę. Poprawiam ją, a następnie wygładzam sukienkę.

- Gotowa? – pyta. Biorę głęboki oddech.

- Z tobą zawsze.

♪♫♪♫♪♫♪♫♪♫♪♫♪♫♪♫♪♫♪♫♪♫♪♫
A oto i troszkę spóźniony rozdział specjalny! :)
Bardzo dziękuje Sophie za pomoc, bo to ona napisała tą notkę :)
Mam nadzieję, że wam się spodobała.
Teraz kilka spraw:
1.Serdecznie zapraszam was na naszego fp <link ♥ > , który coraz bardziej rośnie w siłę! <3
2.Mam nadzieję, że zauważyliście zmiany na blogu w nagłówku!? Jest wspaniały czyż nie? :) Tu znowu bardzo dziękuje Sophie za poświęcony czas, bo to kolejne jej dzieło <3
3.Obecnie jestem chora, więc pracuję nad rozdziałem do głównej fabuły, oraz (zdradzę wam taką małą tajemnicę) wraz z Sophie pracujemy nad czymś zupełnie nowym. Projekt powinien pokazać się najszybciej w przyszłym tygodniu, gdyż ja mam małe problemy, bo ciągle coś odmawia posłuszeństwa :(
To chyba na tyle.
~Daga.

niedziela, 22 listopada 2015

#22 - Nowy powrót

Koniecznie włączcie tą muzykę:


Stoję niepewnie przed drzwiami od domu Haymitha. Nie wiem, czy lepiej będzie jeśli się wycofam, czy może jednak mam tam wejść. Pogrążam się w przemyśleniach. Nie czuję nawet zimnego wiatru który wieje, strącając z drzew ostatnie listki. Wpatruję się w drzwi stojąc nieruchomo. Zupełnie jakbym lunatykował. Nie interesuje mnie nic co dzieje się na około, ani czy ktoś przygląda się mojemu dziwnemu zachowaniu. W pewnym momencie z transu wybudza mnie Haymith, który właśnie wychodzi z domu, najprawdopodobniej po ciepłe pieczywo. Nie, na pewno nie po to myślę. Pieczywo mogłem przynieść mu ja. Tak więc próbuje się wymknąć po alkohol. Łamie nasze wspólne zasady o piciu. Właściwie to nie wiem czy są one jeszcze ważne. W każdym bądź razie jeśli ja mogę je przestrzegać to on też powinien. Gdy Gale zabrał mi Katniss, a w ostatnim tygodniu po tym wszystkim bezczelnie pojawił się w lesie dystryktu, ja się powstrzymałem. Nie rozumiem tylko czemu on to robi? Przynosi mu to jakąś satysfakcję, że może postawić na swoim?
Haymith pstryka mi dłońmi przed twarzą chcąc mnie do końca wybudzić z przemyśleń.
- Własnego nie masz łóżka, że śpisz mi przed drzwiami? - pyta poirytowany, że unicestwiłem jego plany. Trochę zawstydzony przeczesuję dłonią włosy.
- Tak właściwie to chciałem z tobą pogadać. Ale jeśli nie masz czasu... - ustępuję mu drogę, robiąc krok do tyłu.
- Czy to coś ważnego? Aż tak bardzo, że nie mogło poczekać do wieczoru? - opiera się o framugę. Widać po jego twarzy zdenerwowanie, a zarazem zawiedzenie.
- No wiesz... Chciałem potem udać się do Katniss i byłoby mi to tak trochę nie na rękę. A tak właściwie to gdzie ty się wybierasz?
- Nie powinno cię to interesować, szczeniaku. - Haymitch stara się ukryć frustrację, jednak słabo mu to wychodzi
- Z tego co się orientuję za kilka dni, być może nawet jeszcze dziś miała pojawić się Effie. Chyba nie chcesz aby widziała cię w stanie o którym obydwoje w tej chwili myślimy. - mierzę go wzrokiem. Jest on  sprytny, ale zapomina o fakcie, że to ją mam lepszą pamięć.
- Właśnie. Tak więc skąd wiesz, że z tej okazji nie wybierałem się do fryzjera? - marszczy czoło, a jego usta wykrzywiają się w grymasie.
- Proszę cię - zaczynam się śmiać. - Kto normalny o zdrowych zmysłach podjąłby się wyzwaniu okiełznać tą czuprynę? - uśmiecham się. Haymitch patrzy na mnie wzrokiem jakbym był jego nową ofiarą, po czym mnie przepuszcza.
W jego mieszkaniu jak zwykle jest dziwnie, jednak tym razem coś wydaje mi się nie tak. Nie śmierdzi tu już alkoholem. Czegoś mi w nim brakuje. A może nie brakuje, tylko mi się tak zdaje? Znam jego dom bardzo dobrze. W końcu jest on taki sam jak mój. Pokoje rozmieszczone są w tych samych miejscach, meble są takie same, tylko innego koloru.
Chociaż znam dom Haymitcha, Katniss i mój - nie czuję się w nich dobrze. Brakuje mi mojej piekarni, rodziny i przeszłości. Połowa rzeczy po osaczaniu zanikła gdzieś głęboko w pamięci i nie potrafię sobie jej przypomnieć. Czasami czuję się pusty, jakby skrawek mojej duszy odszedł tak jak mój dystrykt i moja rodzina.
Siadam na krześle w kuchni. Haymitch wchodzi za mną i również przysiada. Przez chwilę panuje cisza, którą mój mentor przerywa.
- Chodzi o nią?
- Tak. - odpowiadam prawie bezgłośnie. Jak on mógł się domyślić po co przyszedłem?
- Chodzi o Gale? Nie zabierze jej, nie tym razem. - Haymitch wstaje i nalewa sobie herbaty do kubka, po czym opiera się o blat.
-Wiem. - próbuję powiedzieć coś więcej, jednak nie jestem w stanie. Po chwili znów się odzywam. - Ale wolałbym ją mieć przy sobie. Wszystko teraz znowu się miesza. Gale, igrzyska... Haymitch... - patrzę na niego. W jego oczach maluje się zaskoczenie i ciekawość - ...wszystko mi się już miesza. Jakby wracało to, co było po osaczaniu, tylko że silniejsze i dziwniejsze. Nie jest tak, że chcę zrobić coś Katniss, właśnie na odwrót. Chce ją mieć przy sobie, zawsze. A co najgorsze boję się, że to może się zmienić.

Z perspektywy Katniss
Mija południe. Siedzę na schodach przed domem, jak to robię ostatnimi czasy i głaszczę Jaskra. Po śmierci Prim strasznie zmieniły się moje relacje do tego stwora. Czuję, jak do oczu zaczynają napływać mi łzy. Samo wspomnienie o mojej kochanej, młodszej siostrze budzi we mnie strach i lęk przed przeszłością. Moja mała kaczuszka nigdy się nie zakocha. Nigdy nie pocałuje pierwszy raz chłopaka. Już nigdy ja jej nie zobaczę.
Słyszę miauczenie i syczenie. Spoglądam na Jaskra, który spiął się na moich kolanach. Nie rozumiem z jakiego powodu. Chyba nie czyta mi w myślach i reaguje tak na moje wspomnienie o Prim. Nie, to coś innego.
Spoglądam przed siebie i widzę jakąś kobietę, o lekkiej, jasnej cerze i blond włosach do ramion. Ubrana jest w czarny, rozpięty płaszcz, kremowe kozaki do kolan i czarne, materiałowe spodnie. Na szyi ma kremowy szal, a w ręku torbę. Nie mam pojęcia kto to, gdyż osoba jest za daleko. Wytężam wzrok aby dostrzec zarys twarzy. Pierwsze co przychodzi mi na myśl, że to może być moja mama, jedna budowa jej ciała jest zupełnie inna niż nieznajomej. Zrzucam Jaskra z nóg, podnoszę się ze schodów i udaję w stronę kobiety.
- Katniss! - słyszę bardzo znajomy głos. Tak dobrze mi znany. Głos, który wspierał mnie w pociągu. Głos, osoby która poniekąd wybrała mnie i moją siostrę do stanięcia twarzą w twarz ze śmiercią. Nie, to nie jest jej wina, że to zrobiła. To było jej zadanie, skąd widziała że akurat tak się stanie? W każdym bądź razie ona mnie wspierała. Tylko skąd u niej taka zmiana?
- Effie - mówię pod nosem i podbiegam do niej, wpadając jej w ramiona.
- Jak dawno cię nie widziałam. Chyba pora zrobić coś z włosami - zaczęła się cicho śmiać. Na początku nie zrozumiałam jej żartu. Uśmiechnęłam się delikatnie.
- Pierwszy raz widzę cię w prawdziwej odsłonie - szepczę, nie chcąc aby Peeta i Haymitch nas usłyszeli.
- Owszem. Znudziło mi się już noszenie tych kolorowych głupich fryzur i sukieneczek dla dzieci. Po za tym, chyba ktoś musi zmienić modę w Kapitolu, co? - uśmiechnięta łapie mnie za rękę i ciągnie do domu Haymitcha. Tylko czemu akurat do niego, a nie do mnie czy Peety?
Drzwi już po paru sekundach otwierają się, a w nich pojawia się mój mentor. Patrzy ze zdziwieniem na Effie, a następnie na mnie. Jego twarz przybiera wyraz jakby chciał się mnie spytać ,,Kto to jest?". Po chwili orientuje się, kto przed nim stoi. Otwiera oczy szerzej ze zdziwieniem, jakby wydawało mu się, że śni, a następnie bierze Effie w objęcia.
Myślę, że może zostawię ich na tę chwilę samych i pójdę po Peetę. Zapewne nie byłby zadowolony gdybyśmy go nie zaprosili. Uśmiecham się pod nosem po czym po cichu odchodzę od nich i podbiegam pod dom obok. Pukam, jednak nikt mi nie otwiera. Powtarzam czynność, ale nadal nikt nie odpowiada. Zaczynam się niepokoić więc naciskam klamkę. Drzwi bez jakiegokolwiek oporu się otwierają. Peety jednak nigdzie nie ma. Ani w kuchni, ani w salonie. Myślę, że może być w swojej pracowni. Udałam się schodami w dół, do piwnicy. Nie ma go tam, ale dostrzegam coś zupełnie innego. Na sztaludze jest jeszcze niedokończony portret Prim. Obok na podłodze leży kolejno portret Finnicka, jego rodziców i braci, Rue, ułożonej pośród kwiatów, a na końcu naszej czwórki - mnie, jego, Haymitcha i Effie.
Czuję, jak do oczu napływają mi łzy. To co zrobił było piękne. Zamknęłam powieki starając się stłumić łzy i przestać myśleć o powracających wspomnieniach z wszystkimi tymi osobami za wyjątkiem jego rodziców oraz braci. Żałuję teraz, że nie miałam z nimi kontaktu i tak słabo ich znałam. W pewnej chwili poczułam ciepło i czyjeś ręce obejmujące mnie w pasie.
- Podoba ci się? - słyszę głos. Głos, który mnie uspokaja. Przez który czuję się bezpieczniejsza. Obracam się gwałtownie i wtulam się w Peetę. Jego silne ramiona obejmują moje mizerne ciało. Nie potrafię złapać oddechu.
Patrzę w jego oczy. Widzę w nich ból ale i szczęście. To samo czuję w obecnej chwili. Jesteśmy tacy podobni, a za razem tacy różni. Podnoszę się delikatnie na palcach i opieram czoło o jego czoło.
- Dziękuję. - szepczę. Peeta dotyka wargami moich warg. Tak bardzo mi tego brakowało. Tej bliskości. Przypomniało mi się jak całowaliśmy się na arenie ćwierćwiecza. Jak mnie chronił. Jak ważną jestem dla niego osobą. Przytulam go jeszcze mocniej. Chcę, aby ta chwila trwała wiecznie, tak jednak nie może być. Odsuwam się delikatnie.
- Peeta, przyjechała Effie. Jest u Haymitcha. - mówię rozczarowana, a zarazem szczęśliwa.
Peeta łapie mnie za rękę i razem idziemy do domu naszego mentora. Gdy tylko wchodzimy Peeta przystaje tak samo zaskoczony jak Haymitch i po części ja. Spodziewał się Effie, którą widzieliśmy tyle razy na dożynkach i w pociągu. Która przygotowywała nas na wywiady, i na turnee. Która miała prawie wszystkie odcienie włosów od złotego aż po różowy i niebieski. Której sukienki były tak duże i długie, że ciągnęły się 5 metrów za nią. A tu widzi jakąś w połowie nieznaną kobietę, która siedzi na kanapie Haymitcha i pije herbatę. 
- Herbaty? - Haymitch zwraca się do nas przechodząc przez korytarz, po drodze potrącając Peetę w ramię.
- Poprosimy. - mówię, również za Peetę bo wiem, że jeszcze trochę potrwa zanim przyzwyczai się do "nowej" Effie. 
Peeta siada na fotelu, ja na jego oparciu. Zaczynamy rozmawiać z Effie, jak doszło do takiej zmiany. Oczywiście nie możemy ominąć wątków na temat naszego wyglądu, ale to chyba w niej zostanie już zawsze. Potem dołącza się do nas również Haymitch. 
Poruszamy temat igrzysk, Kapitolu oraz Paylor. Effie mówi nam co słychać u Annie i małego Finnicka, oraz jak trzyma się Beetee.
- Postanowiłam, że przeprowadzę się do was. - informuje nas w pewnym momencie. Haymitch uśmiecha się pod nosem. Ściskam mocno Effie, a Peeta częstuje nas ciastem które upiekł wczorajszego popołudnia. Wieczorem ustalamy, że Effie będzie przez najbliższe dni mieszkać u mnie, a potem coś się wykombinuje.

♪♫♪♫♪♫♪♫♪♫♪♫♪♫♪♫♪♫♪♫♪♫♪♫


Witamy was kochani! Jak zapewne widzicie pojawia się kolejny rozdział.
W tym momencie chciałybyśmy podzielić się kilkoma słowami od nas.
Daga:
A więc. Po 1: przepraszam was, że tak długo nie było żadnych wiadomości ode mnie. Zaczął się rok szkolny, a uczęszczanie do szkoły plastycznej wcale nie daje mi więcej czasu. Wręcz przeciwnie. Kolejny temat to, że dokładnie 2 dni temu była premiera ostatniej części Kosogłosa. Od obejrzenia ostatniej części coś się w moim życiu zmieniło. Tak jakby jakaś część mnie odeszła. Dalej rozpaczam, że to już koniec naszej przygody i czekania na kolejne zwiastuny czy premiery. Że już nigdy nie ujrzymy Jen, Josha, Liama, Sama i całej reszty w jednym filmie, w nowej scenie i dawnej roli. Tak się stało, że płakałam przez cały film przez co niestety nie pamiętam połowy scen. Jedyne co mi zapadło w pamięć (UWAGA SPOILERY!) to scena z Hayffie, epilog ♥ I najgorsze sceny podczas których najbardziej płakałam, a najbardziej je zapamiętałam: śmierć Prim i Finnicka (KONIEC SPOILERÓW!) Jest to dla mnie trudne, żegnać się w tym momencie z aktorami, i całą tą historią, ale głowa do góry! Zawsze jesteśmy jeszcze my. Mam nadzieję, że nie przepadniemy jak większość fandomów i utrzymamy się pomimo tej trudnej chwili. Damy radę. Dziękuję, że jesteście, dziękuję Pani Collins za napisanie tak wspaniałej trylogii. Za to, że odmieniła moje życie. Po 3: zmotywowałam się tym sposobem do pisania kolejnych notek i starania się nie zakończyć dla was tej opowieści. Obiecuję, że w miarę moich możliwości rozdziały będą pojawiały się jak najczęściej.
Jeszcze raz dziękuję, że jesteście i że dotrwaliście do tego końca. Dzięki wam jest jeszcze nadzieja, że nasz fandom przeżyje :) ♥

Sophie:
Po wyjściu z sali kinowej, po całonocnym maratonie Igrzysk Śmierci, cała zapłakana, poczułam, że jakaś część mnie odchodzi. Jest to okropne uczucie. Trochę, jak wybudzenie się z pięknego snu. Takiego, którego nie ma się ochoty kończyć. Nie będę pisać tego samego co Daga, chociaż myślę to samo. Jestem załamana.
Daga była za mną na maratonie. Wiecie, jakie były moje pierwsze słowa do niej? Że ma się spiąć i napisać nowy rozdział. Jest to historia, która nigdy nie powinna się skończyć. Nie zapominajcie, że epilog jest kiedy Kotna i Peeta mają po ok. 35 lat, a więc mamy jeszcze dużo czasu :)
Okropnie trudno mi się żegnać z tymi cudownymi ekranizacjami i całą historią. Ale coś mnie pociesza. Przecież jesteście jeszcze WY - trybuci. Mam nadzieję, że nasza historia będzie długa i będą o nas pisać w podręcznikach do historii ;)
Trzymajcie się ciepło i śledźcie dalsze losy Peety, Katniss, Haymitcha i Effie. Postaram się, żeby rozdziały były częściej. Obiecuję Wam to. Sama uzależniłam się od tej historii ♥

sobota, 1 sierpnia 2015

#21 - Problemy z wiewiórkami

Ale ten czas szybko leci.
Niedawno zaczęłam, a tu już za nami 20 rozdziałów :)
Teraz przez wyjazdy będę szukała nowych pomysłów.
I Sophie na pewno mi pomoże się ogarnąć trochę z notkami, a co ważne zmotywuje mnie xD
Staram się również napisać trochę notek do przodu, abyście mieli co czytać podczas naszych wyjazdów. 
Ten rozdział praktycznie w całości jest napisany przeze mnie - dajcie znać, czy jest okej ;) -S
Zapraszamy!
D&S

Dzisiaj pierwszy raz od zakończenia rebelii, wybieram się na polowanie. Nie mówię, nic Haymitchowi ani Peecie. Jest wczesny ranek i nie chcę ich budzić. Co gorsza nie chcę wchodzić do domu ani jednego ani drugiego. Czuję się nieswojo i nie przyswajam zapachu alkoholu, którym unosi się w domu Haymitcha. Co do Peety, nie chcę powracających wspomnień. Zapachu chleba, i całej tej reszty. 
Wychodzę poza ogrodzenie, tym razem już nie pod napięciem. Minęło trochę czasu od ostatniego polowania, przez co muszę przypomnieć sobie jak wygląda tak dobrze dotąd znany mi las. Zaczynam szukać drzewa w którym schowałam mój kołczan i łuk. 
Kiedy w końcu go znajduję, myślę, o tych wszystkich przygodach jakie przeżyłam w tym miejscu z Galem. Jeszcze przed pierwszymi Igrzyskami. Moimi i Peety. Nie mogę o nim zapomnieć. Czuję się okropnie, odtrącając go, ale nie jestem w stanie tego zrobić. Zwłaszcza, po jego osaczaniu i śmierci Prim. Czasami mam wrażenie, że Igrzyska nadal trwają. Jedyne, co mam ochotę wtedy zrobić to zakopać się w pościeli, ściskając w dłoni perłę którą dostałam na arenie-zegarze i zapomnieć o tym wszystkim. Nie chcę przyznać się przed sobą, ale potrzebuję kogoś, to mnie wesprze i odgrodzi moje przeszłe życie od teraźniejszego. 
Wreszcie znajduję odpowiednie drzewo. Wkładam rękę w dziurę. Uśmiecham się, czując strukturę mojego łuku. Wyciągam go i przyglądam mu się, z uwagą studiując każdy szczegół. Wydaje mi się dopasowany, idealny. 
Ponownie wkładam rękę w konar drzewa. Wyciągam kołczan ze strzałami, który od razu przerzucam przez ramię. Czując ciężar łuku w mojej dłoni, ruszam przed siebie.
Zmierzam nad jezioro, aby dać sobie chwilę na przemyślenia. Tam będzie mi się najlepiej zastanawiało nad tym wszystkim. Po drodze udaje mi się upolować parę wiewiórek, nic szczególnego. Nagle zalewa mnie fala wspomnień. Myślę o panie Mellarku, mężczyźnie, które miał nad wyraz dobre serce. I  był ojcem Peety. 
Zdaję sobie sprawę, że jestem już nad jeziorem. Dopiero teraz pozwalam sobie na to, aby stracić nad sobą kontrolę, całkowicie oddając się uczuciom. 
Upuszczam łuk, kołczan ześlizguje mi się z ramienia. Upadam na kolana. Tracę kontrolę nad sobą. Uderzam pięścią w ziemię, starając pozbyć się tych wszystkich uczuć. Łzy spływają mi po policzkach. To moja wina, wmawiam sobie. 
Wreszcie siadam. Wkładam głowię między kolana i biorę szybkie, ale głębokie oddechy.
To przeze mnie rodzice Peety nie żyją. Przeze mnie, nie został mu nikt. Nikt, kto go potrzebuje. Nikt, kto go kocha. Nadal płaczę, chociaż już się nie trzęsę. Nagle do głowy przychodzi mi dziwna myśl. Przecież Peeta ma... mnie. 
Słyszę dźwięk pękającej gałęzi. Momentalnie zrywam się z ziemi i wpatruję w stronę, z której pochodzi ów odgłos. 
- Katniss? - ktoś wymawia moje imię. To nie może być ON. Proszę, proszę, niech to nie będzie on, błagam w myślach. Wycieram ostatnie łzy i wpatruję się w przybysza. Gdy tylko staje w plamie światła, cofam się i podnoszę łuk. 
- Co tu robisz? - pytam szorstko, patrząc na niego nieufnie. 
- Katniss, coś się stało? Dlaczego płakałaś? - pyta, ruszając w moją stronę. Odsuwam się,  byle być jak  najdalej od niego. Brzydzi mnie.
- Odpowiedz na moje pytanie. Co tu, do cholery, robisz?! - podnoszę głos, cofając się w stronę bezpiecznego lasu. 
- Przyjechałem. Proszę, nie odsuwaj się. Nic ci nie zrobię, obiecuję. Już nie jestem tamtym mężczyzną, którego spotkałaś ostatnio. Katniss, zaufaj mi. Nie wiem co mi się stało. To była jakaś chora zazdrość, przepraszam. Ciebie i Peetę. Nigdy nie życzyłem wam niczego złego. Zostań, usiądźmy i porozmawiajmy. Później możemy zapolować. Co ty na to? - posyła w moją stronę niepewny uśmiech. Widzę w tym przebłysk starego Gale'a. Mimo wszystko, nie mogę mu zaufać i zostać tu ani chwili dłużej. Po prostu nie mogę. Kręcę głową. 
- Nie tym razem. Nie po tym wszystkim. - odwracam się i biegnę drogą, którą tu przyszłam. Przez chwilę słyszę, że za mną biegnie, ale po chwili odgłos cichnie. Tak samo jak dźwięk wody poruszanej przez wiatr. Chowam łuk i kołczan do drzewa. Nie wiem, co zrobić z wiewiórkami, które wywołują zdecydowanie za dużo wspomnień. Rozglądam się dookoła i po chwili znajduję odpowiednie miejsce na nie. Kładę je pod starym drzewem i wychodzę z lasu, oddychając z ulgą.


Truchtem dobiegam do Wioski Zwycięzców. Kieruję się w stronę domu. Muszę wziąć prysznic. 
Kiedy podchodzę pod swój dom, zauważam Peetę siedzącego na schodach. Jego widok mnie rozwesela i delikatnie się uśmiecham. Nie myślę o leśnej przygodzie. 
Kiedy chłopak mnie zauważa, zrywa się z miejsca i podbiega do mnie. Delikatnie bierze moją twarz w dłonie. 
- Gdzie byłaś? Nawet nie wiesz, jak się martwiłem. - styka czoło z moim czołem. Pozwalam mu  na to. Teraz bardzo potrzebuję jego bliskości. 
- Poszłam do lasu na polowanie. Nie chciałam was budzić. - patrzę prosto w jego niebieskie oczy - Przepraszam, że cię przestraszyłam. - po chwili dotykam jego dłoni, które w tym samym momencie mnie puszczają. Uśmiecha się do mnie. 
Zaczął wiać zimny wiatr. Potarłam dłońmi ramiona. Peeta spojrzał na mnie karcącym wzorkiem, po czym ściągnął swoją kurtkę, którą narzucił mi na plecy. Podałam mu klucz do domu.
- Zrobię herbatę, dobrze? - zapytał spoglądając na mnie. Pokiwałam głową. - Tylko nie uciekaj - ta kurtka mi się jeszcze przyda. - śmieję się, a chłopak znika w przejściu. Siadam na schodach i wpatruję się przed siebie. 
Zauważam kwitnące prymulki. Mają piękny, żółtawy odcień. Wpatruję się w nie zauroczona. Niebo się zachmurzyło, ale później znów powinno być słonecznie.
Po dłuższej chwili wraca Peeta. Podaje mi kubek z ciepłym napojem  i siada obok mnie. Biorę łyk herbaty. Ciepło rozchodzi się po moim ciele.
- Peeta? Mogę ci coś powiedzieć? - unikam jego wzroku. Słyszę, że Mellark odstawia kubek i czuję jego oczekujący wzrok, spoczywający na mnie. - Dziś, podczas polowania... - zaczynam cicho i na chwilę przerywam. Podnoszę głowę i spoglądam na niego. Chłopaka z chlebem, któremu zawdzięczam życie. - spotkałam kogoś. - cisza. - Gale'a. Zachowywał się zupełnie inaczej, ale... nie jestem w stanie wytrzymać z nim ani chwili. Był kiedyś dla mnie niemalże rodziną, a teraz... Nie chcę się do niego zbliżać. - Peeta obejmuje mnie ramieniem. Opieram na nim głowę.
- Nie pozwolę, żeby coś ci zrobił. Przysięgam. 
Siedzimy przez chwilę w błogiej ciszy. Rozkoszuję się tym. Wiem, że w końcu musimy o tym porozmawiać. To jest nieuniknione. Jednak to nie ja rozpoczynam temat.
- Co zamierzamy zrobić z Igrzyskami? - słysząc te słowa, prostuję się jak struna. 
- Nie mam pojęcia. One nie mogą się odbyć. - biorę łyk nadal ciepłej herbaty. - Nie pozwolę na to, aby te bezbronne dzieci się pozabijały. Jestem zła na Kapitol, że przez 75 lat używał nas jako swoich zabawek i czerpał przyjemność z oglądania, jak się nawzajem zabijamy. Jednak my tacy nie jesteśmy. Mieliśmy stworzyć NOWE PANEM. - wykrzykuję ostatnie słowa, zła na Paylor i jej podwładnych. - Zasługują na to, co my przeżyliśmy. - wstaję ze schodów i staję na ganku. - Ale to nie jest rozwiązanie. Przemoc nigdy nie będzie rozwiązaniem. Musimy stawić czoło Paylor. Udowodnić jej, że te dzieciaki na to nie zasługują. 
- Razem damy radę. - mówi Peeta. Wchodzę do domu zatrzaskując drzwi i ściągam kurtkę Mellarka. Stoję na środku pokoju patrząc naprzeciw siebie i zaczynam wierzyć w nasze słowa. Damy radę.

środa, 1 lipca 2015

#20 - Przeznaczenie

Tak, tak. Miał być w piątek.
Miałam strasznego lenia, i jeszcze koniec roku i to wszystko ;c . (Daga)
Naprawdę was przepraszamy. 
No ale już nie przeciągając.
Zapraszamy!
D&S

- Spotkanie zostało przełożone. - Haymitch siada na wolnym krześle obok Effie, łapie kawałek bułki i nóż z nałożonym masłem.
- To wszystko przez to, że wyszłam za tym facetem? - mówię z opuszczoną głową, nie zwracając uwagi na jedzenie na moim talerzu.
- Nie można go było kontynuować. Gdy wyszłaś, on poleciał za tobą. - Haymitch kiwa głową w stronę Peety. -Tak więc, nie było sensu dalej tam siedzieć.
- Pragnę przypomnieć, że ty również chciałeś za nią iść. - Peeta patrzy na Haymitcha wzrokiem pełnym nienawiści.
- Ale nie poszedłem.
- Nie obwiniaj o to tylko jej. - do pokoju wchodzi Annie, z włosami upiętymi na szybko i jeszcze trochę zaspanymi oczami. - I przestańcie się kłócić, bo nie dojdzie do porozumienia.
- No więc, kiedy ma być? - Johanna znudzona kłótnią, widząc, że wszystko się uspokaja odzywa się.
- Dzisiaj.



- Mam nadzieje, że dzisiaj nikt nie ucieknie - Paylor mierzy mnie wzrokiem siadając.

- Jeśli mowa o ucieczce, to gdzie ten ulubiony "żołnierz"? - Johanna jak zwykle nie potrafi się powstrzymać, by nie powiedzieć czegoś nieodpowiedniego w nieodpowiedniej chwili.
- Niestety, nie mógł dzisiaj się zjawić. - Widać po jej zirytowanej twarzy, że chciałaby już zacząć.
Siedzę cicho przez większość spotkania, gdy Paylor opowiada o  naszych zasługach. Nie zgadzam się z ich połową ale zachowuję to w tajemnicy. Potem opowiada o tym jak dystrykty się pozmieniały, wtajemnicza nas w sprawy  Kapitolu, rozpoczyna dyskusję. Ciągle siedzę w ciszy. Przyglądam się tylko aby wiedzieli, że słucham. Ciągle trapi mnie wczorajszy tajemniczy gość który zjawił się na spotkaniu. Przypominają mi się słowa Paylor: ,,Jest po części zwycięzcą". Co to mogło oznaczać? Czemu się nam nawet nie przedstawił? Potem przypomina mi się mój sen. Po części mój, bo jak się okazało - również Peety. Te dwa "wydarzenia" nachodzą na siebie i plączą mi się w głowie. Wszystko się miesza, i zostaję wybita z transu.
- Katniss, pytałam o coś. - Paylor spogląda na mnie gniewnie. Zdezorientowana rozglądam się po moich przyjaciołach, szukając pomocy i wsparcia. Czuję na dłoni uścisk Peety, muszę odpowiedzieć, ale nie wiem jak. Spoglądam na Haymitch'a błagającym wzrokiem. Mój mentor, nie ma pojęcia jak mi pomóc.
- Przepraszam, można powtórzyć? - wyduszam z siebie po pewnej chwili.
- Oh...już nieważne. - Paylor kręci z rezygnacją głową. - Mogę przejść teraz do tematu, dla którego głównie się tu spotkaliśmy?
Kiwamy wszyscy na zgodę głową. 
- No więc. Po zakończeniu rebelii i wojny z Kapitolem nasza dawna prezydent zwołała zebranie. I chciałabym poruszyć temat który właśnie na tamtym zebraniu omawialiście. - Paylor mówi ze spokojem, trzymając dłonie splecione na stole. Zastanawia mnie tylko, skąd ona wie o czym my wtedy mówiliśmy i jakim prawem wspomina ten temat. Coin umarła, to powinno być nieważne, zapomniane. Ona jednak pokazuje, że w jakimś stopniu ma nad nami przewagę. Ściskam mocniej dłoń Peety, dając do zrozumienia, że muszę wyjść, że nie mogę tego słuchać.
- Mamy jeszcze raz głosować? - Jo wybucha. Chyba i jej nie podoba się pomysł powrotu do przeszłości. Przez te kilka miesięcy dużo przemyśleliśmy, co zrobiliśmy nie tak i zapewne jeśli mielibyśmy teraz głosować drugi raz nikt by nie poparł tego pomysłu.
- Nie. Decyzja z tego co wiem już zapadła. Teraz wystarczy tylko zorganizować losowanie i po to mi właśnie jest mi potrzebna pani, panno Trinket. - Paylor ukradkiem spogląda na Effie, po czym kontynuuje. - Następnie będę prosiła was. - Rozgląda się po sali -  Abyście zostali po raz kolejny, albo i pierwszy- skupia się na mnie i Peecie - mentorami. - kończy.
Spoglądam błagalnie na Haymitcha.
- Nie ma mowy. - odzywa się. - To miało się zakończyć raz na zawsze. - dodaje.
- Panie Abernathy, z tego co wiem, głosował pan wtedy na "tak". Więc nie do końca rozumiem pański sprzeciw. - Paylor mówi szorstko.
- Ja również głosowałam wtedy na "t0ak", ale jak pani zapewne wie, i co widać na pani przykładzie - ludzie się zmieniają. Tak więc albo pani zakończy ten temat i do niego nigdy nie wróci... - Jo również jest przeciwna.
- Albo, będzie musiała sobie pani znaleźć nowych mentorów. - Peeta przerywa Johannie.
- No i opiekuna. - Dodaje Effie.
Paylor, siedzi przez chwilkę w ciszy, szukając argumentów dzięki którym będzie nad nami górować.
- Może mi się wydaje, ale wtedy została podpisana umowa - Podpiera się na ręce. - dzięki której nie możecie zrezygnować. - uśmiecha się.
- To się naprawdę źle skończy. - Annie odzywa się chyba pierwszy raz od początku spotkania.
- Przykro mi, ale nie ma odwrotu. Chcecie, czy nie - Paylor spogląda z uśmiechem na każdego z nas - znowu będziecie odgrywali ważną rolę w Panem.
- Chyba, że po prostu nie stawimy się na czas w Kapitolu - mówię głosem wypranym z emocji.
- Rozważę pomysł wysłania po was moich strażników. - widać na jej twarzy satysfakcję. - Tak więc, wyślę do was listy, z terminem przyjazdu do Kapitolu i dokładną rozpiską waszej roli. Oraz tego do kogo przydzielę naszego gościa specjalnego.
Spoglądam na Peetę. Dobrze wiemy kto jest tym gościem specjalnym. Każdy z nas wie. Jednak mam co do tego złe przeczucia.
- Możecie już iść. Jutro wracacie do dystryktów. - Paylor kończy swoją przemowę, po czym wstaje i wraca do swojego gabinetu.
- Co za... - Johanna powstrzymuje się od obrażenia "szanownej " pani prezydent.
Każdy powoli wstaje i całą grupą wracamy do dawnego, albo i może już obecnego ośrodka szkoleniowego, w którym znajdują się nasze sypialnie. W ciszy i w skupieniu rozważając dzisiejsze spotkanie.